Po drugiej stronie sportu, czyli czego oczy nie widzą: Igor Tracz

25 czerwca 2018
Comments off
3 428 Views

Życie na szczycie nie jest usłane różami a telefon od mediów i sponsorów wcale nie musi dzwonić – pierwsza tak szczera i osobista rozmowa z Igorem Traczem, o sporcie, życiu, wyzwaniach wielokrotnego Mistrza Europy i Świata w wyścigach psich zaprzęgów i w bikejoringu.

Codzienna harówa czyli team work którego szukać ze świecą

Praca z psami daje niezwykłą satysfakcję teamowej roboty. Młodzi bardzo się garną do tego, wiele się przy tym uczą, nie tylko sportowo, ale tej właśnie pracy u podstaw, pracy w zespole, rozumienia więcej nic własnego czubka nosa ciągle im brakuje, od pokory zaczynając.

Ludzie się mnie często pytają, ile ja chajsu zarabiam na młodych (chłopakach-zawodnikach, których trenuję). No właśnie odpowiedź brzmi nic. Ile ja dokładam – o to trzeba się zapytać!

Bo to, że młodzi raz na jakiś czas, za przeproszeniem posprzątają „gówno po psach” czy ogarną kojec, raz na miesiąc, to jeszcze nie powód aby bić im brawa.

Raz w tygodniu gdyby to robili, to naprawdę byłbym szczęśliwy! A z drugiej strony oczekują za to Bóg wie czego. Ja wszystko muszę ogarnąć każdego dnia, od nowa. Do tego jeżdżę po weterynarzach, wydaję kupę pieniędzy na leczenie psów, bo są w różnym wieku. Przy tym wszystkim dostają ode mnie najlepsze psy do startów (albo prawie najlepsze, kiedy ja bronię tytułów, wiadomo), ogarniam moim zawodnikom sprzęt, załatwiam maksymalne upusty na wszystko, co z tym sportem związane – starty, obozy itd. Jeśli nie mają kasy, biorę ich ze sobą na Mistrzostwa Europy czy Świata, za darmo…

Dlatego, kiedy zdarza się, że twoi podopieczni, którym starasz się załatwić wszystko, pomóc, a mają to gdzieś, żeby nie powiedzieć w d****, to szlag cię trafia. Mówisz wtedy: jesteście dorośli, nauczyliście się wiele ode mnie i przy mnie, zwiedziliście kawał świata, jeśli macie łeb na karku, pokończone 18 lat, to już czas aby się ogarnąć w życiu.

To, że niektórym daję „kopa w dupę” to jest także impuls, aby zaczęli w końcu myśleć samodzielnie, aby zaczęli działać, niż tylko brać przysłowiowe „500+” (śmiech). Albo pójdzie po rozum i zacznie coś robić, przyzna, że nawalił i chce się poprawić, albo powie mi, że jestem głupim chu*** i nic nie musi.

Ja nie mam żadnych profitów z tego, że u mnie młodzież trenuje. Ale ja lubię pracować z ludźmi, lubię pomagać innym, więc jeśli ktoś chce pracować ze mną i moimi psami, to zajebiście. Nie mam nic przeciwko, zapraszam serdecznie.

Ostatnio dostałem maila od człowieka, który pisze, że ma psa i chciałby z nami potrenować, czy może? Jasne, super. Ale nie ma takich wielu. To jest ciężki chleb.

Formuła zawodnicza jest taka sama jak kolarza. Kilka, kilkanaście tysięcy wyjeżdżonych w roku, na rowerze, trzeba tyle samo wyjeździć z psami. Do tego tak jak powiedziałem, trzeba je poogarniać, nie wystarczy jak rower, po treningu, odstawić i jest okey. Do tego sportu trzeba jednak mieć jaja.

Ktoś by mógł powiedzieć, że trudny to jest maraton GIGA, na rowerze. Owszem, jest trudny, wyczerpujący, i tak dalej. Ale trzeba też Wam wiedzieć, że trenuję często przez cały sezon, właśnie dla tego jednego wyścigu, dla tych 10 minut wyścigu z psem,  aby dać z siebie absolutnie wszystko, bo walka idzie o najwyższą stawkę. Tu nie ma miejsca na żadne błędy i wszystko stawiasz na jedną kartę.

Z psem, z którym musisz się zgrać, musisz go wyczuć, musisz go zrozumieć, a najlepiej pokochać! Ja kocham tę robotę, kiedy pracujesz przez rok dwa trzy z psami i widzisz progres, widzisz cel i realizujecie codziennie plan treningowy, dla siebie, dla psa.

W październiku 2018 znowu będą w Polsce Mistrzostwa Świata w bikejoringu – i ja już tym dziś żyje, każdego dnia, cały rok wcześniej – wszystko poświęcam pod ten start. Presja bywa niesamowita.

Medialność, nieświadomość, zazdrość

Możecie tego nie wiedzieć, ale ja zanim zacząłem uprawiać sport zaprzęgowy, w latach 90, początku XXI wieku (fajnie to brzmi, prawda?) ja się strasznie dużo wspinałem po górach, wszystko w tych górach robiłem, chodziłem po jaskiniach, nurkowałem w podziemiach, spływy kajakowe zimą, spanie w śniegu, igloo, rozumiesz?

Robiłem masę rzeczy z adrenaliną w tle, które teraz byłyby bardzo medialne, bardzo chętnie łapane przez media i sponsorów. Ale to dziś.

Wtedy, prawie 20 lat temu nie było tylu mediów, fanów w Polsce. Internet i social media dopiero raczkowały, nie było takiego ssania na takie rzeczy i takich ludzi. Robiłem to więc dla siebie i wiedziała o tym ograniczona grupa osób i podobnych zapaleńców do mnie.

Jak zacząłem uprawiać sport zaprzęgowy, wyczynowo, to zderzyłem się ze ścianą. Ja naprawdę się pogodziłem, że to nie jest piłka nożna (śmiech) tylko sport zaprzęgowy i to jest trudny sport w komunikacji.

Chociaż i tak uważam, że jak ktoś potrafi to dobrze ograć to wygląda bardzo ładnie. Może teraz patrzę na to zbyt subiektywnie, ale wydaje mi się, że fajnie wygląda zapier*alający 40km na godzinę, psi zaprzęg – 6 psów po śniegu, robiący jakiś drift, skoki i tak dalej. Tak samo gość na rowerze przy pełnym gazie z psami. To naprawdę można pięknie ograć i sprzedać. Czasami więc media, co jakiś czas zrobią coś z nami. Ale to wciąż rzadkość, okazjonalnie.

Potwornie boli mnie to, że ja cały czas zderzam się z nieświadomością w społeczeństwie. Ta świadomość po prostu nie istnieje! Dlaczego? Bo nie ma odpowiedniej komunikacji medialnej na temat tego sportu.

Kiedy opowiadam totalnemu laikowi o sporcie zaprzęgowym, to albo się w głowę puka albo mówi „co ten Tracz znowu wymyślił?” A jeśli gdzieś w mediach pojawi się jakiś film ze mną i psami, to w komentarzach czytam często słowa dziwnej treści, typu „co to za sport, tych to już pogięło. Biedne psy, każą im biegać”. To są takie argumenty, że ręce ci po prostu opadają.

W Polsce najłatwiej się komentuje tym, którzy nie mają pojęcia o danym sporcie. Którzy nic do niego nie wnoszą, ale mają tupet powiedzieć tobie co ty tam wiesz. Kiedy organizuję obóz treningowy w Polsce, to co robią Polacy, co mówią? Do Tracza jedziesz, zwariowałeś? A kiedy bronię tytułów, to zamiast wspierać to cieszą się kiedy coś rozwalisz, wysypiesz się. Bo przecież nie wtedy, kiedy znowu wygrasz i rozsławiasz kraj na całym świecie, prawda? Tak jest tylko w Polsce.

W ciągu ostatniej dekady jestem jednym z niewielu zawodników, którzy wygrywali najwięcej razy, stali najczęściej na podium, pośród wszystkich na świecie.

A w Polsce ludzie mają tupet ci powiedzieć „co ty wiesz…”

Najsmutniejsze jest to, że hejtują zawodnicy z polskiego podwórka, którzy powinni być wzorem dla innych. Nie chce mi się tego nawet komentować. Najchętniej jestem tyrany na jednym z trójmiejskich portali (śmiech). Tam ludzie są niewyuczeni, nie mają wiedzy, ale się wypowiadają.

Tymczasem cały świat współpracuje ze sobą. Moi najwięksi konkurenci pytają się mnie o poszczególne elementy treningowe i chętnie im o tym opowiadam. Oni również dzielą się ze mną swoimi doświadczeniami. Wszyscy uczymy się od siebie nawzajem.

Psi zaprzęg istnieje tysiące lat na świecie. Sportem oficjalnym jest od stu lat. Nie raz dostawałem od kolegów z zagranicy – Norwegów i innych klubów niespodzianki w postaci

„zobacz, wydaliśmy na 100lecie naszego klubu  broszurę z pierwszymi zdjęciami sprzed lat, pierwsze dokumenty.

Wytrzeszczasz oczy i mówisz „że co?”. Oni tym sportem i psimi zaprzęgami żyją od lat. Cały świat tym żyje, współpracuje. Tylko nie w Polsce.

Dlatego uwielbiam oderwać się od mojej bajki i potrenować z Wami, na rowerze, bo tu jest klimat. Tu również nic nie muszę – mogę się pobawić na treningach i zawodach. Po prostu fun. W psich zaprzęgach jestem wzorem dla innych, chcę nim być, więc czuję się w obowiązku, mam tego świadomość. Dlatego nie narzekam na to, co kocham.

Sponsorzy

Nikt też nie płaci telewizji za to, żeby zrobić ze mną dedykowany materiał, gdzie możemy sobie obrandować moją osobę logotypami sponsorów na pierwszym planie. Ale kiedy TVN sam z siebie, chce zrobić materiał o Traczu i jego psach, muszę się im podporządkować. I jeśli uda się wtedy coś przemycić, logo nazwę sponsora, to wspaniale.

Na szczęście telewizja wie, że to co robię to cholernie ciężki kawał chleba i masa pieniędzy do pozyskania, więc przymyka oko na pewne rzeczy, współpracuje. Mogę wystąpić w tej czy innej obrandowanej koszulce, grzać się przy rowerze tej czy innej marki, ale nie robić też chamówy – nie pokazywać palcem i sztucznie pompować co drugi wyraz w zdaniu, nazwę sponsora i mówić „to jest zajebisty rower, najlepszy na świecie i tylko taki kupujcie” (śmiech).

Niedawno musiałem rozstać się z jedną ze wspaniałych firm odzieżowych, outdoorowych w Polsce. Mieliśmy kontrakt od wielu lat i to ja przerwałem ten kontrakt w tym roku. Dlaczego?

Jak ktoś mi mówi po kilku latach owocnej współpracy, że budżet dla mnie ma w wysokości 2 tysięcy złotych na rok, na cały rok, bo robią cięcia  ale ja mam nadal  przez cały rok reprezentować – i to na wyłączność – na całym świecie, w zamian za jedną kurtkę i spodnie, to wybaczcie…

 „Ludzie, szanujmy się”.

Ja mam jeszcze w czym chodzić. Nie będę klękał i prosił o takiego sponsora, z którego logo mam paradować na podium, na czole, w zamian za jedną kurtkę i spodnie, na rok. I to jeszcze na wyłączność. Podziękowałem takiej firmie, nic na siłę.

Jeszcze lepszym przykładem była firma od suplementów i odżywek, która chciała abym był ich Ambasadorem, w zamian za 4 batony i odżywkę.

Żeby było śmieszniej, wysłali mi to pierwszy raz w takiej postaci, że ta odżywka w proszku, była przesypana do jakiegoś zwykłego woreczka foliowego, nie podpisana, nie opisana, nie wiadomo co było w środku.

Widocznie za drogo było im wysłać oryginalną paczkę w całości.

Ale chcą, żeby Mistrz Świata był ich Ambasadorem.

Ludzie, szanujmy się!

Chyba pomyliliście mnie z jakimś blogerem (nie obrażając nikogo) który sprzeda się za cokolwiek. Nie uważam siebie za Bóg wie kogo. Ale na wszystko musiałem zapracować sam, od zera uczyć się i pokornie znosić porażki. Dlatego wiem, że mogę być dobrym nośnikiem dla mediów i firm, tak jak cały świat to rozumie i docenia, zna mnie i szanuje.

Dlatego są ze mną i tacy sponsorzy, którzy doskonale sobie zdają z tego sprawę, ogrywają ten sport, medialność i komunikację. Wspieramy od lat. Powiedziałbym, że są to wzorcowi sponsorzy, partnerzy. Są to KROSS i Dolina Noteci. Oni to rozumieją.

Jest też firma samochodowa Janisz. Właściciel firmy, Krzysztof, rozumie mnie bo sam kocha biegać z psem, po prostu ma hopla na tym punkcie.

A jego syn, był z nami na Mistrzostwach Europy, od dwóch lat z nami trenuje i idzie mu coraz lepiej. W tym roku pomogłem mu zdobyć wicemistrza europy w bikejoringu.

Są więc wkręceni w nasz klub, w nasz sport, trenują z nami i dlatego tak chętnie nam pomagają. On się przekonał, bo tego wszystkiego dotknął, spróbował, poczuł. A przecież też mógł powiedzieć „to nie mój target”.

Jeszcze nigdy nie było tak, aby ktoś, kto zobaczył trening, poczuł tą atmosferę i więź z psami, psów z nami, powiedziałby coś negatywnego na ten temat. Wszystkim otwierają się oczy i wychwalają, od razu chcą coś zrobić, chcą wiedzieć więcej.

Ale kiedy uderzam do nowych firm, na przykład firm odzieżowo – sportowych, najróżniejszych z tej branży, to spotykam się ze słowami „nie nasz target”, „nie zajmujemy się sportem z pasami”.

Albo tłumaczysz, co robisz i na czym to polega – że jesteś Mistrzem Świata, Europy, na co oni „aaaa, to fajne, ja też biegam z psem w niedzielę”.

Ręce opadają. Nie zauważają skali działania i skali możliwości marketingowej, jaką można zrobić.

To nie jest tylko zabawa z psami. Ja naprawdę „zapier*alam” z moimi wyczynowymi psiakami. Po całym świecie reprezentuję Polskę, trenując i ścigając się w najróżniejszych, najtrudniejszych warunkach – błocie, słońcu, śniegu, deszczu, na wysokościach i w dolinach. Na każdym kontynencie.

Pokazanie tego, w jak wielu skrajnych sytuacjach znakomicie sprawdza się dana odzież, sprzęt i wiele innych produktów z udziałem Mistrza Świata, ogrywanie tego marketingowo przez firmę, to doskonała okazja, czyż nie? Czy mam jeszcze coś mówić, udowadniać, tłumaczyć, pokazywać palcem specom z marketingu, jak świetnie można to ograć medialnie i komunikować markę?

Co więcej – to  również, dzięki psom możemy odkrywać coś ważnego w sobie, i pokonywać własne słabości. Zdjęcia ze mną, z nami  krążą po całym świecie. A okazuje się, że muszę tak banalną kwestie jak ciuchy sportowe na zawody – ogarniać na własną rękę. Tymczasem u innych, bardziej medialnych sportach, o miejsce na stroju z logo firmy płaci się dziesiątki jak nie setki tysięcy złotych, aby Mistrz Świata ich reprezentował.

Większość firm w Polsce nie ma pojęcia o naszym sporcie. Ja muszę za każdym razem, jak Syzyf, opowiedzieć historię, najlepiej całą, od początku istnienia aby ktoś zakumał. Tyle że ludzie generalnie nie chcą nawet posłuchać.

Te kilkanaście, kilkadziesiąt może osób, które robią coś ekstremalnego w sporcie w Polsce, a które zostało wypromowanych medialnie w pewnym momencie – dziś łatwiej jest im się odnaleźć w biznesie.

To tak jakby Lewandowski powiedziałby ci, przy założeniu że nie masz pojęcia kim on jest i co robi – „jestem najlepszym piłkarzem na świecie”. Odpowiedziałbyś mu „zajebiście, bo ja też gram z kolegami w piłkę”. Tak, a gdzie grasz? W niedzielę? To choć pogramy (śmiech).

No i tyle, kaplica, nie masz partnera do rozmowy. Tak wygląda moja rozmowa z firmami, a bardzie przypomina to walenie głową o ścianę…

Wielu jest wspaniałych sportowców robiących niesamowite rzeczy w naszym kraju, ale niestety nie zostali zauważeni, wyciągnięci przez media na szerokie wody.

Tak samo więc oni jak i ja, zderzamy się  ze ścianą w relacji z biznesem, bo ten niewiele o nas wie. Jak zatem sami widzicie – media odrywają tutaj ogromną rolę, więc dzięki ci Jarku że się nami interesujesz! Ale ty też jesteś z innej bajki, bo sam jesteś ze sportowej gliny ulepiony, jarasz się sportem więc wiesz o co chodzi.

Dlatego zdarzają się mega pozytywne sytuacje. EXTREME CHANNEL (TV, youtube, facebook i jeszcze kilka innych) napisali do mnie, że zajebiście podoba im się to co robię i czy mogę im co jakiś czas podsyłać własny film. Oni wrzucają to następnie jako ich materiał, ale oznaczają, linkują wszystko jak być powinno do mnie i to jest super. Promo idzie w świat, profesjonale promo.

Również w takim filmie mogę umieścić informacje czy inne logotypy moich sponsorów, itd.  Po 4 godzinach od zamieszczenia przez nich mojego filmu, oglądalność była na poziomie 30 tysięcy wyświetleń.

Również jedna z agencji marketingowych ze Stanów Zjednoczonych napisała do mnie, że chciałaby wykupić moje filmiki i je sprzedawać. Ludzie na końcu świata mnie dostrzegają a w moim kraju nie mogą. Paradoks?

Polska jest moim miejscem, urodziłem się w Gdańsku, tu spędziłem ¾ swojego życia, więc naprawdę dobrze byłoby, gdyby jakiś mądry partner biznesowy się ze mną związał i wykorzystał potencjał marki, nazwiska znanego przez cały świat. Ja wtedy zajmę się w pełni sportową stroną dla takiej marki, bo naprawdę można zrobić sporo.

Tymczasem okazuje się, że przy poszczególnych zawodach wspiera mnie nie moje miasto rodzime, a Trąbki Wielkie. Kolejny paradoks. Miło, że wspierają, ale jednak.

Nauczyć się biznesu

Ja w pewnym momencie, przy zdobyciu ogólnopolskich oraz międzynarodowych sukcesów, medali, musiałem wziąć sprawy w swoje ręce, bo zobaczyłem, że – niestety – za kolejnymi sukcesami nie szła większa rozpoznawalność czy medialność.

I nie jest ci do śmiechu, kiedy jesteś zawodowcem w sporcie i poświęcasz temu całą swoją uwagę i energie, to nie możesz być przecież biznesmenem. Tymczasem jesteś sam ze swoimi sukcesami. Musiałem się więc wszystkiego samemu nauczyć i na tym polu – świata biznesu, pozyskiwać sponsorów, partnerów, dosłownie wszystkiego w pojedynkę.

W tym roku, 2018 w końcu normalnie ruszyła moja marka „Traczer” (www.traczer.pl) Co istotne, ja nie jestem właścicielem firmy. Bo nie potrafię sam dobrze tego ograć. Tak jak powiedziałem – znam się na sporcie, sprzęcie i trenowaniu psów, ale nie na biznesie. Bo jestem sportowcem, zawodowcem ma tym polu od początku do końca, 100% poświęcenia.

Znalazłem więc inwestora, firmę zewnętrzną, która prowadzi mój biznes. Ja im użyczam nazwy „Traczer”. Oni pod moim nazwiskiem produkują sprzęt a ja jestem dyrektorem od spraw sprzedaży w tej firmie. Jestem „twarzą” tej marki.

Pilnuje również tego, jak ten sprzęt powinien wyglądać, technicznie, jakościowo. To jest sprzęt do psich zaprzęgów, który sprzedajemy po całym świecie – przez Europę, Australię, Syberię, ostatnio wysyłaliśmy na Teneryfę, do Meksyku, Kolumbii, wszędzie.

Jest to sprzęt specjalistyczny, dla wybranej grupy. I jest to sprzęt uznawany przez użytkowników za jeden z najlepszych na świecie. A ja powiedziałbym nieskromnie, że najlepszy. Mamy swoich przedstawicieli w różnych państwach europejskich i zaczyna się to pomału kręcić.

Jedna działalność to specjalistyczny sprzęt a drugi to suplementy i odżywki dla zwierząt – sportowych i weterynaryjnych, tylko dla klinik.

Więc zaczyna to wszystko coraz lepiej wyglądać. Trenuje więc ludzi na całym świecie. Oprócz tego – zrobiłem już jakiś czas temu, oficjalne szkolenie, kurs trenera psich zaprzęgów drugiego stopnia, na Akademii Wychowania Fizycznego. Aby spinać to jakoś w finansową całość, dorabiam również jako instruktor wspinaczki na sztucznych ściankach i jako instruktor spinningu, w Pruszczu Gdańskim.

Zapracować na nazwisko wynikami

W ciągu roku mam m.in. obozy treningowe w Alpach, na wysokości 2 tysięcy. Tam szkolę zawodników. Na Łotwie również. Na Teneryfie okazuje się, że na wysokości 2700m jest baza zaprzęgowa, o czym nie wielu ma pojęcie i tam czeka na mnie 50 zawodników, których mam wyszkolić ze sportu zaprzęgowego. Biorę wiec psa, rower i będę robić seminaria i treningi. Wracam od nich i mam obóz w Szwecji. Wracam i mam obóz w Polsce. Następnie Francja. I tak jest co miesiąc.

To są szkolenia na które zapracowałem swoimi wynikami sportowymi. Mógłbym zrobić uprawnienia trenerskie (które zresztą mam, zrobione na AWF), ale nikt by mnie nie zaprosił, miałby to w dupie, sam papier nic nie mówi.

Mówi za to fakt, że od lat jestem w TOPIE, raz wygrywam raz przegrywam ale generalnie jestem cały czas w czołówce, z podium ciężko mi zejść. I to ludzie zauważają,  moją determinację i profesjonalizm więc mnie zapraszają na różnego rodzaju obozy i szkolenia.

Miałem konkretną propozycje od Rosjan. Byłem w Ministerstwie Sportu, w zachodnio północnym okręgu Rosji gdzie dostałem jasną propozycje – Panie Igorze, co mamy zrobić, kiedy Pan może jeździć w naszych barwach do Mistrzostw Świata? To było 4-5 lat temu.

Tymczasem dzieje najnowsze – nasze Ministerstwo Sportu przyznało mi 500 zł stypendium. Oczywiście pod warunkiem, że przygotuje się do obrony tytułu, najbliższych mistrzostw. 500 zł nie majątek, ale zawsze 500 zł.

Niestety, są nowe przepisy w Ministerstwie i w tym roku, 2018, nasz związek sportowy ma zostać rozwiązany. 10 innych związków sportowych mają rozwiązać. Ich zdaniem, nasz sport, dyscyplina  jest nierozpoznawalna międzynarodowo przez tak zwane instytucje olimpijskie, więc dla naszego kraju jesteśmy praktycznie nieistotni.

Nie mogę się z tym zgodzić, ponieważ sport psich zaprzęgów był już w randze olimpijskiej w latach 30’tych, jeszcze przed wojną. My zaś, jesteśmy cały czas kontrolowani przez WADA, Światową Agencję Antydopingową, my jak i nasze psy.

Nikt nie zadaje sobie pytania, co my jako kraj stracimy, rozwiązując nas? Tracimy miano oficjalnego sportu. Ja już nie będę w kadrze narodowej. Będę zawodnikiem, który startuje na Mistrzostwach Świata „z Polski”. Nie zaś, jako reprezentacja kraju. Ta różnica może mieć przełożenie na ewentualnych sponsorów, z którymi jak już wiecie, nie jest za różowo.

Ministerstwo w ten sposób odbierze nam pewien prestiż, poziom i profesjonalizm tego sportu. To, że nam roczny budżet okroili z 200 tysięcy na rok do 90 tysięcy, to jest jedno. Teraz mają nas zaorać.

Ale my jesteśmy, istniejemy, dajemy sobie radę. W Polsce jest ponad 600 zarejestrowanych licencji, zawodników tej dyscypliny. Jest ponad 20 klubów sportowych, kilkunastu sędziów, kilkunastu profesjonalnych weterynarzy od sportu zaprzęgowego.

Kilka miesięcy temu związek zorganizował Mistrzostwa Świata w miejscowości Szamotuły. Przyjechało ponad 600 zawodników z 35 państwa świata. 1200 startów przez 3 dni. Zająłem tam 3 miejsce, wywalczyłem brąz. Czytałeś, słyszałeś o tym? Bo ja chyba tylko na pasku TVN. Polsat się postarał i zrobił wywiad ze mną. I to wszystko. Nic więcej medialnie w Polsce nie rozeszło się, nie dowiecie się nic…

Marzenia

Największym wsparciem dziś jest moja Agnieszka. W końcu udało nam się kupić kawałek ziemi i mieć swój własny dom, swoje miejsce dla siebie i psów, na Kaszubach.

Ale nie jest to nic nowego, sporo pracy przy tym nadal czeka do wyremontowania. Okazuje się również, że 2 tysiące metrów dla tylu psów, to wcale nie jest tak dużo. Ale marzy mi się, aby zbudować tu centrum szkoleniowo – treningowe z prawdziwego zdarzenia, do którego będą przyjeżdżać zawodnicy i amatorzy z całego świata, aby trenować z psami. Na treningi do Tracza. Z moją trasą treningową. Mamy już pod to nawet stronę na fb Traczer Camp.

Nie wiem, może znajdzie się ktoś kto pomoże mi napisać do tego dobry projekt unijny. Nie mam bogatej rodziny, która mi to ufunduje. Wszystko musiałem wypracować sam. Nie wierzę, aby ktoś się na taki pomysł nie skusił.

Do mnie przyjeżdżają dziś zawodnicy z całego świata, przez cały rok. Tracę czas i pieniądze, rozlokowując ich gdzieś po okolicznych pensjonatach, hotelach, pytam się, szukam, gdzie przyjmą ich z psami, gdzie jest taniej, gdzie jest lepiej, i tak dalej.

Poza tym na takie seminaria ściągam odpowiednich weterynarzy, zootechników, specjalistów. Bo ten sport to temat bardziej złożony, jest przecież sportowiec – człowiek i sportowiec – pies. Trzeba tą układankę odpowiednio przekazać, zbudować. I wszystkich tych ludzi i zwierzęta, są dziś rozrzuceni nie wiadomo gdzie, zamiast mieć ich wszystkich w jednym miejscu, pod jednym dachem. To jest moje marzenie.

Co więcej – jeśli masz psa, wyścigowego czy każdego, jesteś zawodnikiem czy amatorem – możesz bezpiecznie i pod dobrą opieką nam go zostawić, zajmiemy się nim, jeśli jesteś na wakacjach, urlopie czy innym, w ciągu roku – to również chcemy świadczyć. To funkcjonuje na całym świecie, są takie ośrodki. Tylko nie u nas. Ale to się musi zmienić…

A chętni są. Amatorzy tego sportu, który potrzebują szkoleń i treningów ze mną, a ja dzisiaj siedzę z kalendarzem i muszę im odmawiać, bo terminy się nakładają, bo dziś – to ja jeżdżę do nich, zamiast przyjmować ich u siebie.

Musiałem odmówić ekipie z Meksyku, którzy mają swoją bazę treningową i chcą mnie u siebie. Tyle że w lutym, kiedy termin się nakłada z moim obozem treningowym w Alpach, o którym Wam wspominałem.

Do RPA mam zaproszenie, do Nowej Zelandii. Nie mam kiedy tego ogarnąć. Nie wszędzie mogę być w tym samym czasie, a mając własną, profesjonalną bazę treningową, wyglądałoby to zupełnie inaczej. To jest moje marzenie.

Dziękuje za rozmowę.
Jarosław Waśkiewicz

A jaka jest Twoja historia?! Napisz do nas: szefuncio@sralpe.pl

Przeczytaj także: Mama wie najlepiej – Szymon Sajnok złotym medalistą mistrzostw świata 2018 w kolarstwie torowym (i kto o tym wiedział, poza garstką?)

Comments are closed.